Kawiarnia Kwadratowa ul. Reja 9 Warszawa | Jealo
16570
page-template-default,page,page-id-16570,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,side_area_uncovered_from_content,footer_responsive_adv,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Kwadracast #9 – Jealo

[mixcloud https://www.mixcloud.com/kwadratowa/ptaki-kwadracast4/ width=100% height=400]

Opowiedz więcej proszę o Niewinni Czarodzieje/ Innocent Sorcerers, co tam robiłeś?

Niewinni byli kolektywem, w skład którego wchodzili dj’e i producenci. Oficjalnie było nas czterech (Maceo, Envee, Misty, Jealo) ale przez prawie dekadę, rotacyjnie mieliśmy zaszczyt współpracować z wieloma świetnymi muzykami i wokalistami… to jest temat na oddzielną historię. Byłem przede wszystkim dj’em, rzecz jasna ale liznąłem co nieco pracy w studio (niestety nie kontynuowałem tego ale tak widocznie miało być). Byłem takim typem od soundu. Mastery, mixy i testpressy zwykle były sprawdzane na moim domowym soundsystemie.

Wiem, że grałeś z wieloma artystami za granicy, kogo wyróżniasz? Kogo najbardziej zapamiętałeś? Co to była za impreza?

Pamiętną imprezą, jeśli chodzi o klub (900 osób) był rave w pierwszej lokacji 1500m2, na którym zagrał Eric Duncan. W tym samym miejscu ale na czarnej sali miałem okazję supportować Move D na świetnej potańcówce dla bardzo kompetentnej publiczności. W nieistniejącym już Powiększeniu mieliśmy piękną noc (ręce w górze i dzikie okrzyki) z Cosmic Boogie (obecnie ASOK) i z Pete’m Herbert’em. Chyba najmilszym gościem był Prins Thomas, który znakomicie zagrał, był uroczy i prześmieszny, mimo że na imprezę przyszło 15 osób w tzw. Record Store Day… Ale najbardziej zaskakujący był Nightmares On Wax zeszłego lata w Cudzie Nad Wisłą, który po moim warm up’ie przez mikrofon podziękował za muzykę, złapał za rękę jak na ringu bokserskim i kazał ludziom klaskać (!). Dobra, koniec, bo to brzmi jak przechwałki.

Jakie płyty ostatnio wybrałeś, co trafiło od razu do torby, co stoi na półce?

Jak to zwykle bywa, część strice do słuchania i trochę do grania. Najbardziej się cieszę z super wydania 2LP, klasycznej pozycji Brian Eno/ David Byrne – My Life In The Bush Of Ghosts z dodatkowymi trackami i pięknej reedycji albumu Lifetones – For a Reason. Jedzie do mnie klasyk disco-house z 1991, Those Guys – Tonite, podobno w stanie ‘’mint’’, zobaczymy. Z rzeczy zupełnie nowych mam słabość do wersji Maurice Fultona dla DJ Jnett na Wildlife EP.

Czy są takie płyty, których nie kupujesz dlatego, że wiesz, że to będzie hit? Co ostatnio się takiego trafiło?

Ha! Ulubiony dylemat, jeśli dylemat może być ulubiony. Rozumiem, że chodzi tu o muzykę taneczną/ klubową. Ukazuje się płyta i 15-stu moich kolegów ją gra i co wtedy? W moim przypadku nie ma kompletnie reguły. Czasem i tak kupię takie wydawnictwo, a czasem spływa to po mnie i tylko wzruszam ramionami. Zagadnienie jest szersze i ciekawe. Dokładnie wszyscy odbieramy muzykę bardzo subiektywnie i mniej lub bardziej świadomie sugerujemy się otoczką. Bardzo jestem ciekaw co by się działo, gdyby można było tak dla eksperymentu pozamieniać nazwy labeli na okładkach. Ciekawe czy tak samo by się podobało, hehe. Podobnie z image i ‘’aurą’’ poszczególnych artystów, iluzja działa. Ale czy to źle? A, miał być przykład, jest świetny z przed zaledwie kilkunastu dni: Selectors 001 – Motor City Drum Ensemble wydany przez Dekmanel. Teoretycznie znakomity zestaw nagrań, gatefold sleeve itd. Nie kupiłem… dlaczego? Nie wiem.

Masz prawie 2500 płyt, czy masz to wszystko ułożone w alfabecie? Czy masz jakiś system segregacji, jak się zbierasz na imprezę?

Ustalmy coś, to nie jest dużo. Nigdy nie próbowałem układać płyt alfabetycznie. Stoją sobie według gatunków ale to bardzo subiektywny podział, logiczny tylko dla mnie. Jest pewna pula płyt, które nigdy „nie wychodzą z domu”, bo potem trzeszczą na dobrej wkładce ))). Zawsze zabieram znacznie więcej płyt niż jestem w stanie zagrać podczas wieczoru. Nigdy nie układam playlisty wcześniej, jest pewien zarys stylistyczny ale co, kiedy i po czym okazuje się na miejscu w klubie.

Już dość długo się obracasz na polskiej scenie muzycznej, czy dużo się zmieniło? chodzi mi głównie tu o miejsca, managering, nagłośnienie.

Ano właśnie. Kiedy pod koniec lat 90-tych byłem na imprezie w Piekarni, myślałem sobie, że się już witamy z przysłowiową gąską. Klub od lat nie istnieje. Teoretycznie miejsc jest dużo więcej ale są bardzo podobne do siebie i gonią w skrajności. Albo czysty kiczo-hedonizm przy akompaniamencie ‘’niemuzyki” albo hermetyczno-ostentacyjny underground. Paradoksem jest deficyt normalności. W środku jest gówno po kotku. A z drugiej strony w tym kraju ludzie po czterdziestce nie chodzą do klubów, bo nie mamy tradycji klubowych tylko biesiadne. Nadzieja jest w młodziakach, tylu nowych djs/ producentów nie było tu nigdy wcześniej. Jeszcze tylko więcej emocji, a mniej chłodnej kalkulacji. Ale niech bulgocze…

Czy masz jakieś ulubione miejsce do grania, niekoniecznie w Polsce?

Było takie miejsce w Poznaniu, nazywało się Wosk. Prowadzili to kumple, że tak powiem… pasjonaci. Był świetny dźwięk, rotary, odsłuch stereo i półki na płyty na odpowiedniej wysokości. Czyli tak jak lubię najbardziej. W klubie wielkości średniego mieszkania grali min. Rebolledo, Matias Aguayo czy Justin Van Der Volgen. Czyli da się. Sąsiedzi jednak w końcu dopięli swego.

Czy wybierasz się gdzieś latem na festiwale, openairy?

Parę lat temu dołączyłem do starych kumpli z liceum i jeździmy kamperem do Gdyni na takie lotnisko. Tak, tak wiem, że lineup sztampowy (choć perły się zdarzają), a ten festiwal to trochę zlot randomów ale nie o to w tym chodzi. Przez te 4-5 dni zajmujemy się głównie ‘’pielęgnowaniem męskiej przyjaźni’’. To ten wiek. A tak na serio to się potem wybieram na Kamasiego Washingtona do pięknej sali koncertowej NOSPR w Katowicach. To jest w ramach jakiegoś następnego festiwalu ale przysięgam, że nie pamiętam jakiego. Niech to może wystarczy za komentarz jaki mam stosunek do tego typu konglomeratów.